Od piątku od 17 do dzisiaj do 17 trwał mój weekend na odwyku, bez internetu, telewizora. Kable były pochowane i basta. Gdybym miała maszynę do pisania to nawet bez komputera. Jednak czas biegnie nieubłaganie i muszę pisać pracę magisterska, co by w pewien piękny czerwcowy dzień otrzymać tytuł Magazyniera Roku...no z tym Roku to przesadziłam, ale zostać Magazynierem to jak najbardziej.
Jako, że nie korzystałam z dobrodziejstw technologicznych, miałam trochę czasu, żeby gdzieś pomiędzy jedną, a druga stroną pisania, gotować, czytać książki itp. Uczucie wyzwolenia było bezcenne. Postanowiłam robić sobie takie dni częściej.
Teraz jednak do rzeczy, w końcu jest to blog o gotowaniu. :)
Dwa rodzaje makaronu, resztka warzyw na patelnię i sos musztardowo-chrzanowy. Żeby nie było niedomówień...także resztka. :)
Sałatka z miksu sałat, ser feta, rzodkiewka oraz sos a la vinegret.
Tosty z pesto verde i avocado. Do tego jabłko i zielona herbata, czyli śniadanie w niedzielę.
Poza tym oprócz tego beztechnologicznego weekendu, postanowiłam ogłosić ostatnie dwa tygodnie kwietnia wegańskim czasem. Dlatego wyjadłam wszystko co było z mlekiem krowim, jajkami. Przez dwa tygodnie będę weganką. Dlaczego? Ponieważ czuję taką potrzebę. Czuję także potrzebę wsłuchania się w mój organizm. Po tym okresie zadecyduję czy weganizm to już na stałe czy po prostu ograniczę do minimum nabiał, jajka.